|
Przez długie, liczone na dziesięciolecia lata nie zmieniało się tu nic. Organizacja, sposób pracy, metody i sama produkcja były identyczne. Furmani dowozili drzewo z lasu. Na placu klocki przecinano i korowano. Potem wrzucano do parników. Namoczone drewno prasa przepychała do młynów. Tam kamienie rozdrabniały włókna, tworzyły ścier. Popychana wodą masa przepływała do kadzi. Były całe systemy sit, były filcowe walce, za którymi ręcznie formowano gotowe arkusze tektury.
Doły Biskupie - pozostałości zabudowań Witulina |
Zaprojektowane przez inżynierów na krótko przed wybuchem I wojny światowej urządzenia spisywały się bez zarzutu, aż do 1968 roku. Wówczas uznano, że to wstyd by polską fabrykę napędzało koło wodne i postanowiono wszystko podłączyć do sieci elektrycznej. Za jednym zamachem zmieniono system pracy, zwiększono zatrudnienie i produkcję.
Nie dla byle jakich odbiorców, bo do świętokrzyskiej wioski przyjeżdżali po towar zaopatrzeniowcy z zakładów radiowych z Warszawy, Bydgoszczy i Dzierżoniowa.
Dzisiaj to się można z tamtych czasów nawet śmiać, ale przecież tak było, że fabrykę tektury uznano za zakład tajny. Wyroby z Witulina odbierali wojskowi, którzy w papier pakowali głośniki i urządzenia dla używanych przez armię radiostacji.
Gdy na początku lat siedemdziesiątych wybudowano w Kielcach olbrzymie zakłady papierowe, tekturownię z Dołów Biskupich natychmiast organizacyjnie podporządkowano potentatowi z miasta. Okazało się rychło, że produkowana jak w manufakturze tektura jakością absolutnie nie ustępuje tej wytwarzanej na specjalistycznych, sterowanych numerycznie i komputerowo maszynach najnowszej generacji.
Nie na wiele się jednak ta rutyna przydała, bo z czasem ograniczano produkcję starej fabryki. Wreszcie uznano, że Doły Biskupie to zabytek techniki i na bramie zakładu zawieszono łańcuch zamknięty solidną kłódką.
Doły Biskupie - fabryka tektury Witulin, majątek rodziny W.Gombrowicza |
I wtedy zaczął się nowy - ale absolutnie nie chwalebny rozdział historii. Społeczni działacze wpadli na pomysł, by w zrujnowanym zakładzie utworzyć pierwsze na świecie muzeum Witolda Gombrowicza. Jak nie od wczoraj wiadomo polskimi pomysłami i dobrymi chęciami wybrukowane jest niejedno piekło. Przez długie lata ludzie z Ostrowca Świętokrzyskiego, Kielc i Warszawy spotykali się, gadali, gadali, gadali i nic z tych obrzędowych dyskusji nie wyniknęło.
W lipcu 2001 roku nad Witulinem ulitowała się sama przyroda. Pokorna Świślina wystąpiła z koryta i powódź, jakiej nie pamiętali najstarsi mieszkańcy fabrycznej osady, zmiotła zakład Gombrowiczów w niebyt. Muzeum pyszni się jednym (tak!) jedynym eksponatem. To zdjęcie jaśniepanicza Witolda w krótkich majteczkach. Wszystko.
I pomyśleć, że w okresie międzywojennym to miejsce tętniło życiem, było ośrodkiem intelektualnym, odwiedzanym przez ziemian z sandomierskiego, azylem starej, dobrej Polski...
Autor:
SkomentujDolina Biebrzy to jeden z najdzikszych zakątków naszego kraju. Największy bagienny obszar Europy Środkowo-Wschodniej. Inny świat 180 km od Warszawy. Łosie, jelenie, rysie, wilki, jenoty, bobry,...
Pozostałe krainy i miejscowości